Mieszka sobie i pracuje w Londynie. Jest zwykłym, szarym obywatelem koło trzydziestki. Pracuje na co dzień w londyńskim Centrum Darwina na stanowisku kustosza. Lubi ogromne morskie głowonogi. Jego najlepszym kumplem jest Leon.
Nazywa się Billy Harrow. W dniu w którym dowiaduje się, że właśnie skradziono najwspanialszy eksponat z Centrum, kałamarnicę olbrzymią, jego życie wywraca się na nice a dotychczas znany mu świat okazuje się tylko złudzeniem.
Tak zaczyna się najnowsza powieść Chiny Mieville’a zatytułowana „Kraken” (wydawnictwo Zysk i S-ka), która niejednego czytelnika zaskoczy a wielu, z pewnością, przyprawi o zawrót głowy.
Mieville, piewca gatunku New Weird, nie zawiódł swoich fanów i jest w najlepszej literackiej formie a „Kraken” to chyba największy Weird w całym nurcie. Inspiracji Lovecraftem ukryć się nie da. Sama Kałamarnica (występująca w powieści w roli bóstwa) to jawna aluzja do Wielkiego Przedwiecznego Cthulhu, czyli mojej, skromnej osoby. Autor, tym razem, bierze na warsztat kulty, religie, fanatyków i kultystów, których, jak wiemy, w powieściach H.P.L i jego pochodnych, tylu co grzybów po deszczu. Cała powieść, ponadto, przesycona jest mroczną atmosferą podróży w paszczę szaleństwa, pogoni za nienazwanym oraz powolnego osuwania się w otchłań mroku. Tutaj podobieństwa do Mitologii Cthulhu się kończą a zaczyna, niestety, literacka wtórność.
Pomimo całej „nowej fali” Mieville’a, „Kraken” uderzająco podobny jest do „Nigdziebądź” Gaimana a sam pomysł ukrytego miasta w mieście powielany był już kilkakrotnie i do znudzenia, nawet przez samego autora w jego „Loniedynie”. Pomysłów na nietuzinkowe postacie, co prawda, nie można Panu M. odmówić. „Kraken” aż pulsuje od pokręconych indywiduów w stylu staroegipskiego niewolnika- mieszkańca figurek i pomników, grupy wróżących z krwawych trzewi miasta (dosłownie) Londynmantów, wyznających Krakena kultystów czy gangstera-żywego tatuażu. Mieville kreuje wizję świata, w którym króluje sznytowanie, czyli domorosła magia oraz w którym liczne religie (a ściślej wizje końca świata) toczą ze sobą jawne i dywersyjne wojny. Miejscami autor wyjątkowo gmatwa fabułę i tak udziwnia swój Weird, że ciężko jest się w tym wszystkim połapać. Ponadto, wprowadzanie co kilka stron nowych, niestety, tylko tą sytuację pogarsza.
Prawdziwy problem pojawia się jednak w innym miejscu. Ja, osobiście, jako koneser tego typu literatury, w pewnym momencie wysiadłem i zacząłem się nudzić. Odkładając już na bok kwestię wtórności, od połowy powieści, książka wpada po prostu w dziwną, fabularną stagnacje a główny bohater wciąż podąża ulicami Londynu, spotyka wciąż nowe i nowe osoby, ucieka, rozmawia, chodzi, znów kogoś spotyka a tu nagle finał, koniec i kropka… Bez huku, dymu i błysku.
Jak dla mnie książka nie była jakimś fajerwerkiem, brakowało mi w niej swojskiego elementu zaskoczenia, suspensu i akcji poza Londynem, którym pod koniec można wręcz wymiotować. No, ale Mieville jest Londonerem, kocha swoje miasto i o nim pisze. Nie czepiajmy się. Cały szkopuł w tym że ja nie tego miasta kochać nie muszę a podróże dobrze zrobiły by głównym bohaterom i całej fabule. Reasumując, podnoszę, swą macką, tabliczkę z cyfrą cztery, co w skali do sześciu daje całkiem dobry wynik.
Polecam: miłośnikom Londynu, Gaimana, Urban Fantasy, New Weird, ośmiornic oraz nietuzinkowych postaci.
Nie polecam: starym wygom i „wyjadaczom” fantastyki, tym którym Londyn kojarzy się jak najgorzej, sympatykom suspensu i zwrotów akcji.
Może zainteresują Cię również:





