Żyją obok nas od tysiącleci. Przybyli z innego wymiaru bądź kosmosu. Ich wygląd mrozi krew w żyłach. Pochodzą od gadów. Są niezwykle przebiegli a ich jedynym celem jest światowa dominacja.
Tak z grubsza scharakteryzować można istoty opisane na kartach powieści Jewgienija T. Olejniczaka, czyli mieszkańców „Archipelagu Khuruna”. Na ich trop wpada w dziewiętnastowiecznym Krakowie główny bohater powieści, Emanuel Henzelmann, emerytowany komisarz CK policji a prywatnie fascynat języków obcych i niewyjaśnionych zjawisk. Wraz z nim odkrywamy tajemnice sekretnych stowarzyszeń, ukrytą historię ludzkości a, przede wszystkim, wpadamy w wir niesamowitych wydarzeń, rodem z kart powieści Lovecrafta.
No właśnie, owych podobieństw i inspiracji najbardziej w „Archipelagu…” wypatrywałem i, na szczęście nie zawiodłem się. Znalazłem je już po kilkunastu stronach. Klimat i konstrukcja powieści to jej najlepsze (i jedyne) atuty. Nastrój przyczajonej grozy, tajemnice oraz poszukiwanie tego co od setek lat ukryte i zawoalowane to typowe cechy lovecraftian novel, które udało się panu Olejniczakowi zaadaptować i zaszczepić na „polskim gruncie”. Opisane w starożytnych woluminach gadoidy, które marzą o władzy nad światem oraz zastępują wysoko postawione osoby marionetkowym impostorami to swoisty ukłon w stronę „Widma znad Innsmouth” czy „Szepczącego w ciemności” a dociekliwy do bólu Henzelmann to polska wersja Alberta Wilmartha lub George’a Angella. Sam rozbudowany archipelag wysp Khuruna, wraz ze swoistą historią i geografią, skojarzył mi się z kolei z onirycznymi opowiadaniami z tzw. Dream Cycle („W poszukiwaniu nieznanego Kadath”, „Zagłada Sarnathu”).
Niestety na powyższych rarytasach atrakcyjność powieści się kończy a całość konstrukcyjna książki aż trzeszczy w szwach. Fabuła „Archipelagu” aż prosi się o rozwinięcie lub chociażby wydłużenie kilku wątków i sekwencji. Autor chyba do końca nie przemyślał o czym chciał napisać, bo w kilku miejscach urywa ważne wątki a przedłuża niepotrzebnie inne, wręcz marginalne. Doskonałym przykładem jest tu przydługi wstęp, do którego Olejniczak nawiązuje dopiero pod koniec książki i to w dwóch, trzech zdaniach czy historia życia Szczerbatej Mamuśki, postaci wyjątkowo irytującej. Co więcej, rewelacje o tajemniczej rasie miejscami nawarstwiają się zbytnio a gdzie nie gdzie wręcz sobie przeczą. Czasami fabuła ociera się nawet o banał a finał raczej rozczarowuje. W miejsce przerażających wydarzeń autor wcisnął kilka przygodowych sekwencji a o samych gadoidach dowiadujemy się, niestety, tylko z nudnych starożytnych manuskryptów i tym podobnych szpargałów. Spotkań, a przede wszystkim walk z nimi, pan Olejniczak przezornie czytelnikowi oszczędził.
A może właśnie tak to miało wyglądać? Może autor skrupulatnie wszystko przemyślał a poplątanie wątków, szczątkowa groza i oszczędność w rozwoju akcji to też swoisty hołd złożony pisarzom z lat 20-tych i 30-tych? W końcu oni tak właśnie pisali…
Nie czepiam się więcej i nie zrzędzę. Na tle innych lovecraftowskich powieści znad Wisły „Archipelag Khuruna” wypada całkiem nieźle o ile nie najlepiej. Tak więc, każdy miłośnik macek i bluźnierczych knowań powinien ją przeczytać.
Czekam na kolejne pomysły autora. Może wprowadzi na arenę jakieś naprawdę przerażające monstrum?
Może zainteresują Cię również:





